niedziela, 15 maja 2016

Polski student w Nowym Jorku - rozmowa

Szybkie tempo, presja, bezwzględny rynek pracy, ale też wielkie możliwości i ciągła chęć, by robić jeszcze więcej - taki jest Nowy Jork. – Przyjechałem, bo byłem głodny wielkiego świata, sukcesu, działań na globalną skalę – opowiada mieszkający tu od kilku lat Daniel Daszkiewicz, menedżer w Citi.
Kiedy Daniel Daszkiewicz kończył w Polsce studia teologiczne i filozoficzne, nic nie wskazywało, że kilka lat później będzie menedżerem zarządzającym digitalowymi rozwiązaniami w 96 krajach w globalnej korporacji finansowej w Nowym Jorku. Z drugiej strony przyznaje: – Jak tylko przyszedłem do pracy w tym banku, od początku miałem z tyłu głowy, że skoro to bank nowojorski, to moja kariera może być globalna. W najnowszym odcinku #TamMieszkam rozmowa o życiu i pracy w Nowym Jorku.

Malwina Wrotniak-Chałada, Bankier.pl: Studiowałeś we Włoszech, karierę zaczynałeś w Polsce. Wymarzyłeś sobie te Stany, wychodziłeś je?

Daniel Daszkiewicz: Ludzie romantycznie patrzą na takie historie jak moja - od praktykanta do wysokiego stanowiska w siedzibie w Nowym Jorku. Ale prawda jest taka, że wszystko, do czego doszedłem, było efektem systematycznej pracy. W Polsce pracowałem nad projektem, który był realizowany w skali globalnej. Nawiązywałem nowe kontakty, moja sieć znajomości się powiększała i w pewnym momencie system zadziałał - otworzyła się pozycja, na którą zaaplikowałem i dostałem się. Był to więc wynik sukcesywnej pracy w tym kierunku. Jak tylko przyszedłem do pracy w tym banku, od początku miałem z tyłu głowy, że skoro to bank nowojorski, to moja kariera może być globalna. A kiedy nadarzyła się odpowiednia okazja, po prostu zadziałałem.
A zadziałałeś, bo…?
Bo byłem głodny. Między innymi nowego miejsca. Wcześniej studiowałem w Rzymie, dużo się przemieszczałem po świecie, chciałem więcej. Byłem głodny wielkiego świata, sukcesu, działań na globalną skalę. Myślę, że głód i tak zwany drive to jest to, co mnie definiuje.

fot. Zuzanna Odrobińska 
Najadłeś się już?
I tak, i nie. Wiesz, apetyt rośnie w miarę jedzenia. Perspektywa Nowego Jorku dała mi ogromną szansę i rozwój. Zarządzałem wielkimi projektami, miałem szansę robić rzeczy naprawdę ważne - i z punktu widzenia organizacji, i ważne dla mnie samego. Rozwijam się i ten głód cały czas we mnie jest, chcę robić coraz większe rzeczy. Wydaje mi się, że sam Nowy Jork też tak działa na człowieka - pozostawia w nim ciągły niedosyt.
„Global product head of mobile solutions, zarządza portfolio mobilnych produktów. Wyznacza strategię dla regionalnych i krajowych product managerów w 96 krajach” – czytam o twoim nowojorskim życiu zawodowym.
To prawda. Zawodowo noszę teraz dwie czapki. Po pierwsze zajmuję się projektami mobilnymi. Druga rzecz to innowacje. W części mobilnej mam zespół produktów dostępnych w 96 krajach. Wyznaczam strategię, a później koordynuję pracę regionalnych menedżerów. Po drugie koordynuję pracę wewnętrznego inkubatora finansowych innowacji, gdzie pracujemy ze startupami, dużymi korporacjami i agendami publicznymi różnych krajów.
Dodajmy: z wykształcenia filozof i teolog, nie finansista. Do Stanów zaprowadziła cię chyba głównie intuicja?
Na pewno był to efekt jakiejś intuicji - zarówno mojej, jak i ludzi, którzy mnie zatrudniali. Na początku nie miałem przecież nawet nic wspólnego z finansami – z wykształcenia jestem filozofem i teologiem. Wziąłem udział w Programie Innowacyjnym Citi Handlowy, w ramach którego mój zespół – mający za zadanie zaproponować innowacyjne rozwiązania - wygrał. Po jakimś czasie Bank odezwał się do mnie z propozycją praktyk. Tak się zaczęło. Nie miałem wtedy żadnej szczególnej intuicji czy motywacji, żeby pracować w banku czy w ogóle w korporacji. Byłem raczej takim lwem filozoficznym - wiedziałem, że chcę spróbować czegoś, czego docelowo nie chcę robić. I z takim nastawieniem poszedłem na te praktyki.
fot. Zuzanna Odrobińska 
Takie, a nie inne wykształcenie jest kapitałem, który teraz się zwraca?
Tak naprawdę wszystkiego, co dzisiaj robię, nauczyłem się, pracując w Citi. To, czy ktoś kończy filozofię, czy astronomię z punktu widzenia pracodawcy nie ma chyba większego znaczenia. Studia są raczej po to, żeby sprawdzić, czy dana osoba jest w stanie przyswoić pewną ilość wiedzy, a później tę wiedzę dostarczyć i obrobić. Chodzi więc bardziej o pewną operatywność intelektualną.
Same studia filozoficzne na pewno poszerzają horyzonty, pogłębiają myślenie, sprzyjają nawykowi kwestionowania zastanych rzeczy i zjawisk, co przydaje mi się w pracy. Chociaż do końca nie wiem, czy uczciwie byłoby przypisać to w całości studiom. Zawsze byłem osobą ze skłonnością do analizowania, konfrontacji i refleksji.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza